LEKCJA 2: Wspólnota w służbie człowieka

Skonfrontuj się z wypowiedzią o. Ashenafi. Może się ona wydawać trochę śmieszna. Zwróć uwagę na rolę pełnione w jego rodzinie. Zwróć uwagę na to, czy rodzina przed sobą coś ukrywa? Czy jest otwarta, czy zamknięta na siebie?

Zobacz jaką rolę pełnili w życiu człowieka dziadkowie.

Przeczytaj fragmenty artykułów z Gazeta Prawnej

Katastrofa samotności. Współczesny świat nie sprzyja budowaniu relacji

Osamotnienie niszczy psychikę dzieci, wpędza nas w choroby, trawi więzi społeczne i rozwala demokrację. Samotność wyzwala w nas cierpienie, ponieważ nigdy nie była dla ludzi stanem naturalnym.

Nie mieliśmy możliwości, by poznać życie bez iPadów i iPhone’ów. Myślę, że lubimy nasze telefony bardziej niż prawdziwych ludzi – wyznaje Athena, trzynastoletnia Amerykanka, która większość wolnego czasu spędza, przeglądając w smartfonie wpisy w mediach społecznościowych. Od rozmowy z nią Jean M. Twenge, psycholożka z uniwersytetu w San Diego, zaczyna swą najnowszą książkę „iGen” (2017), opatrzoną nader rozwlekłym podtytułem, który można tłumaczyć tak: „Dlaczego dzisiejsze superpołączone dzieci stają się mniej buntownicze, bardziej tolerancyjne, mniej szczęśliwe – i zupełnie nieprzygotowane na dorosłość – i co to oznacza dla nas”.

Twenge zaczęła dostrzegać gwałtowne zmiany w zachowaniach amerykańskich nastolatków już w 2012 r., gdy smartfony miała połowa z nich. Dziś takie urządzenie nosi w kieszeni trzech na czterech młodych ludzi, a ilość czasu, który ze sobą spędzają, jest 40 proc. mniejsza niż w 2000 r. Tylko 56 proc. nastolatków w wieku licealnym umawia się na randki (w połowie lat 90. było to 86 proc.), rzadziej też uprawiają seks i mniej śpią.

Podobnie musi być także u nas, skoro według raportu „Nastolatki 3.0” z 2016 r. przygotowanego przez Naukową Akademicką Sieć Komputerową niemal 94 proc. młodych Polaków codziennie wielokrotnie korzysta w domu z internetu, co w prawie 80 proc. przypadków służy aktywności na portalach społecznościowych. Prawie każdy nastolatek (ok. 95 proc.) ma konto na jakimś portalu społecznościowym, a co trzeci pozostaje online zawsze i wszędzie.

Nie mieliśmy możliwości, by poznać życie bez iPadów i iPhone’ów. Myślę, że lubimy nasze telefony bardziej niż prawdziwych ludzi – wyznaje Athena, trzynastoletnia Amerykanka, która większość wolnego czasu spędza, przeglądając w smartfonie wpisy w mediach społecznościowych. Od rozmowy z nią Jean M. Twenge, psycholożka z uniwersytetu w San Diego, zaczyna swą najnowszą książkę „iGen” (2017), opatrzoną nader rozwlekłym podtytułem, który można tłumaczyć tak: „Dlaczego dzisiejsze superpołączone dzieci stają się mniej buntownicze, bardziej tolerancyjne, mniej szczęśliwe – i zupełnie nieprzygotowane na dorosłość – i co to oznacza dla nas”.Reklama

Twenge zaczęła dostrzegać gwałtowne zmiany w zachowaniach amerykańskich nastolatków już w 2012 r., gdy smartfony miała połowa z nich. Dziś takie urządzenie nosi w kieszeni trzech na czterech młodych ludzi, a ilość czasu, który ze sobą spędzają, jest 40 proc. mniejsza niż w 2000 r. Tylko 56 proc. nastolatków w wieku licealnym umawia się na randki (w połowie lat 90. było to 86 proc.), rzadziej też uprawiają seks i mniej śpią.

Podobnie musi być także u nas, skoro według raportu „Nastolatki 3.0” z 2016 r. przygotowanego przez Naukową Akademicką Sieć Komputerową niemal 94 proc. młodych Polaków codziennie wielokrotnie korzysta w domu z internetu, co w prawie 80 proc. przypadków służy aktywności na portalach społecznościowych. Prawie każdy nastolatek (ok. 95 proc.) ma konto na jakimś portalu społecznościowym, a co trzeci pozostaje online zawsze i wszędzie.

Wśród amerykańskich trzynastolatków intensywnie korzystających z mediów społecznościowych poziom samotności i depresji jest o 27 proc. wyższy niż u reszty ich rówieśników. Te nastolatki, które spędzają przy smartfonach powyżej trzech godzin dziennie, są o 35 proc. bardziej skłonne do samobójstwa.

Fałszywa obietnica

Co sprawia, że – zwłaszcza w młodym wieku – aż tyle czasu poświęcamy medium, które nas wyniszcza? Prawdziwa potrzeba i fałszywa obietnica. Przed wejściem w dorosłość wierzymy, że nasze znajomości i przyjaźnie tworzą system bezpieczeństwa, wsparcia i ochrony przed samotnością. Dopiero później odkrywamy, że ta sieć więzi zredukowała się do rodziny, paru przyjaciół i garstki znajomych. Dziś media społecznościowe dają nam obietnicę nieograniczonego poszerzania tej bezpiecznej strefy. Obietnicę fałszywą, bo jak ustalił Robin Dunbar z Oxfordu, maksymalna liczba osób, które możesz zidentyfikować, kojarząc ich twarze z imionami czy nazwiskami, wynosi ok. 1,5 tys. Bliższych znajomych masz dziesięciokrotnie mniej, natomiast liczba tych, których uznajesz za swoje towarzystwo, czyli osoby godne np. zaproszenia na imprezę, wynosi średnio 50. Grono przyjaciół, na których współczucie możesz liczyć i z którymi zechcesz podzielić się większością swoich spraw, zwykle nie przekracza 15 osób, podczas gdy twoja podstawowa grupa wsparcia, zwykle złożona z członków rodziny i najbliższych powierników, ogranicza się do około pięciu.

To maksymalny kapitał wsparcia i przyjaźni dostępny dla każdego z nas. Media społecznościowe wcale nie ułatwiają jego budowania. Owszem, dzięki nim z łatwością można obserwować powierzchnię życia 150 czy nawet 200 znajomych. Czyniąc to, zaniedbujemy jednak bezpośrednie, głębsze relacje z tymi, którzy naprawdę mogą nas chronić przed samotnością.

Algorytmy karmią się naszym roztargnieniem. Rozproszony umysł nieustannie poszukuje stymulacji, a tę zapewniają mu programy komputerowe. Dla ludzi, zwłaszcza młodych, ta pozorna symbioza jest bardzo kosztowna. W okresie dojrzewania rozwija się bowiem nasza kora przedczołowa – część mózgu, w której formują się nawyki określające resztę życia. Dlatego nieustanne pobudzenie, uczucie depresji i samotności, zasiane w nastolatkach przez cyfrowe gadżety, będą obecne także w późniejszym wieku. Za sprawą mediów społecznościowych na naszych oczach dorasta pierwsza generacja ludzi, którzy nigdy nie uwolnią się od samotności.

Problem nie ogranicza się jednak do nastolatków, choć to ich psychika i ich emocje cierpią najbardziej. W mniejszym czy większym stopniu wszyscy jesteśmy zarażeni samotnością. John i Stephanie Cacioppo, małżeństwo neurobiologów społecznych z Uniwersytetu Chicagowskiego, ostrzegali: mamy epidemię samotności.

Media społecznościowe są dla tej epidemii tym, czym w średniowieczu dla dżumy i czarnej ospy były uliczne jatki – rozsadnikami zarazy w gęstej ludzkiej ciżbie. Bo samotność to nie tylko bycie fizycznie odosobnionym. Ona może oznaczać również uczucie, jakbyś był na granicy grupy społecznej, do której centrum chcesz należeć. Użytkownicy Facebooka dobrze wiedzą, w czym rzecz.

Smutna litania nieszczęść

Samotność wyzwala w nas cierpienie, ponieważ nigdy nie była dla ludzi stanem naturalnym. Człowiek stał się potężny dzięki temu, że nauczył się współpracy, zaś jego mózg wydoskonalił te funkcje, które w społecznych interakcjach dają mu wsparcie.

„Pozbawieni wzajemnej pomocy i ochrony, jesteśmy bardziej skłonni do koncentrowania się na własnych interesach i dobrobycie, przez co stajemy się bardziej skoncentrowani na sobie” – zaznaczał zmarły przed kilkoma tygodniami John Cacioppo, komentując wyniki badań z 2017 r., w których wraz z Margaret Blake dowiódł istnienia tzw. pozytywnej pętli sprzężenia zwrotnego między samotnością a egocentryzmem. W uproszczeniu, jej działanie polega na tym, że odczuwając samotność, bardziej skupiasz się na sobie, co z kolei twoją samotność pogłębia.

Samotność wpływa na naszą biologię już na poziomie komórkowym, więc nawet najlepszy trening motywacyjny i pozytywne myślenie niewiele pomogą, gdy wokół ciebie zieje pustka. W 2015 r. podczas eksperymentu na myszach uczeni z amerykańskiego MIT i Imperial College w Londynie ustalili, że produkcja dopaminy, substancji nazywanej „przekaźnikiem przyjemności”, w mózgach zwierząt, które przebywały w grupie, jest stabilna. Jednak u myszy skazanych na izolację jej poziom gwałtownie spadł – równie gwałtownie rosnąc, gdy tylko zwierzęta znowu znalazły się wśród swoich.

Zaraza samotności niszczy nie tylko związki i emocje. Demoluje nas także fizycznie. Po analizie wniosków z ponad 70 badań naukowych Julianne Holt-Lunstad doszła do wniosku, że samotność zwiększa śmiertelność w takim samym tempie jak otyłość czy wypalanie 15 papierosów dziennie. Prawdopodobieństwo, że będąc samotnym, dostaniesz ataku serca, rośnie o 29 proc., a zagrożenie udarem o 32 proc. – to już wniosek Nicole Valtorty z Uniwersytetu Newcastle.

https://www.gazetaprawna.pl/artykuly/1114557,wspolczesny-swiat-nie-sprzyja-budowaniu-relacji.html

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.